+ C A E D A N +
ŁOWCA CZAROWNIC
24 lata |Szlachcic |Milczący Bard
Gdyby Caedan miał więcej cierpliwości, samozaparcia i – co najważniejsze - smykałkę do piwowarstwa, najprawdopodobniej do śmierci zostałby w dworku la Courtenayów i kontynuował rodzinną tradycję, zajmując się browarem. Caedan miał jednak inny pomysł na życie; to znaczy, właściwie nie miał, ale na pewno nie zamierzał go spędzić nad kotłami warzelnymi z brzeczką. Można powiedzieć, że to, iż został łowcą czarownic, było przypadkiem. Nieprawdą byłoby jednak stwierdzenie, że nie miał do tego predyspozycji. Jego rodzina, zanim osiedliła się w swoim dworku, od pokoleń zabijała wiedźmy. Nienawiść do nich Caedan miał więc we krwi. Już jako ledwie raczkującego brzdąca matula karmiła go historiami o strasznych czarownicach gotowych pożreć go, jeśli nabroi. Przez wiele lat były one tylko bajkami, w które chłopiec niekoniecznie wierzył. A te opowieści o wielkich wojnach z wiedźmami, w których jego dziadek i pradziadek odnosili chwalebne zwycięstwa? Też wątpił, by były prawdziwe. Czarownice w jego wyobrażeniu pozostawały mitem, który powstał, by było się czego obawiać w ciemne, burzowe noce w targanym przez wiatr dworku. Gdy dorastał, zaczął mieć jednak wątpliwości, czy to aby na pewno tylko bajki. Kiedyś z ciekawości zaglądnął do zamkniętego zwykle gabinetu dziadka i ku swojemu przerażeniu zobaczył tam przedziwny rząd trofeów powieszonych na ścianie. Były nimi głowy – odcięte, zasuszone, wykrzywione w przedśmiertnych grymasach łby kobiet. Natychmiast wybiegł z pokoju i pech chciał, że wpadł na swojego ojca, Arthura la Courtenay, człowieka wysokiego na niemal dwa metry, szerokiego w barach i z wiecznie nachmurzonym wyrazem twarzy wyglądającym zza gęstej, czarnej brody. Ku zaskoczeniu Caedana, ojciec nie był na niego zły. Niemal po bratersku objął go ramieniem i zaprowadził z powrotem do gabinetu ze strasznymi głowami. Tam powiedział mu prawdę: historie jego matki były prawdziwe. Czarownice istniały naprawdę i naprawdę toczono z nimi wojny. „Ale to już przeszłość, synu”, zakończył Arthur. „Wiedźm już nie ma, a ty nie musisz iść w ślady mojego ojca ani reszty naszych przodków. Gdy będziesz dorosły, jako jedyny dziedzic przejmiesz po nas browar. To znacznie stabilniejsza praca niż latanie z szablą po jakiś borach, prawda?” Caedan miał osiem lat i już wtedy czuł, że latanie z szablą po borach odpowiadałoby mu znacznie bardziej. Albo wędrowanie po świecie ze swoją cytrą i granie na niej za pieniądze. Nie przyznał się wtedy do tego. Mijały lata, podczas których la Courtenayowie byli przekonani, że Caedan z radością przejmie kiedyś ich obowiązki. Ich marzenia zderzyły się z rzeczywistością pewnego kwietniowego dnia, miesiąc przed osiemnastymi urodzinami Caedana. Arthur zaprosił wtedy syna do swojego gabinetu i oznajmił, że przygotował już dokumenty potrzebne do przekazania mu praw do browaru, który przed dziewiętnastymi urodzinami chłopaka z pewnością będzie w jego rękach. Caedan nie pamiętał, co dokładnie odpowiedział ojcu. Ich rozmowa szybko jednak przekształciła się w kłótnię, podczas której chłopak w końcu przyznał, że nie zamierza przejmować browaru. Arthur ze wściekłością odparł, że w takim razie Caedan nie ma już czego szukać w dworku la Courtenayów. Czy naprawdę tak uważał, czy też była to jedynie niewiele znacząca groźba wypowiedziana w gniewie – Caedan nigdy się nie dowiedział. Bez słowa odwrócił się i wyszedł z pokoju, zostawiając tam kipiącego gniewem ojca. Zabrał swoją szablę i cytrę, a potem zszedł do stajni, wskoczył na konia i ruszył galopem przed siebie. Zatrzymał się dopiero, gdy nadszedł wieczór. Zdał sobie wtedy sprawę, że nie ma pojęcia, gdzie jest. Jakaś jego część chciała przełknąć gniew i wrócić do domu, jednak inna część – właściwa jego rodzinie duma – nie pozwalała mu na to. I chociaż był przerażony, został w lesie. Po raz pierwszy w swoim życiu spędził noc, śpiąc na drzewie i budząc się co chwila z każdym najmniejszym szelestem czy trzaskiem gałązki słyszalnym w pobliżu. Gdy jednak nadszedł ranek, a Caedan zszedł na ziemię i spojrzał na widoczne w oddali mury miasta, ze zdumieniem zdał sobie sprawę, że wcale za nim nie tęskni. I chociaż poprzedniego dnia nie zamierzał zostawić swojego domu na zawsze, to nagle postanowił, że tak musi… i chce zrobić. Już nigdy tam nie wrócił. Kolejne miesiące spędził na stopniowym oddalaniu się od miasta i staraniach, by nie umrzeć z głodu. Po kilkunastu miesiącach tułaczki, któregoś wieczora podczas pobytu w pewnej karczmie spotkał Doumę wraz z towarzyszącą mu młodą kobietą. Usłyszawszy fragment ich rozmowy, domyślił się, że to łowcy czarownic; na początku trudno było mu w to uwierzyć, bo wciąż pamiętał słowa ojca zapewniającego go, że wiedźm już nie ma. Caedan nie miał w zwyczaju przysiadać się do nieznajomych i rozpoczynać pogawędek, ale tym razem to zrobił. Niecałą godzinę później, po długiej rozmowie z poznaną dwójką wiedział już wszystko: niedobitki czarownic wciąż pałętały się po świecie i nadal stanowiły zagrożenie. W tamtej chwili Caedan poczuł, że coś się zmieniło - w nim samym, w jego psychice. Tak, jakby nagle zrozumiał, do czego tak naprawdę został powołany. Opowiedział nieznajomym historię swojej rodziny i podzielił się powodem, dla którego uciekł z domu. A gdy Douma zapytał go, czy chciałby się przyłączyć do ich niewielkiej drużyny i wraz z nimi polować na czarownice, zgodził się bez wahania. Jego szabla była głodna krwi wiedźm, jak niegdyś szable jego przodków.
Caedan to wysoki, szczupły mężczyzna, który bladą cerę odziedziczył po matce, a ciemnoniebieskie oczy i czarne, sięgające żuchwy włosy po ojcu. Mimo, że na dobre odciął się od rodziny, nadal ubiera się w tradycyjny, szlachecki sposób. Porzucił jednak swoje rodowe barwy – czerń i błękit - na rzecz czerni i czerwieni. Kontusz i żupan przewiązuje szkarłatnym pasem. Tradycyjne szlacheckie buty, baczmagi, zastąpił wygodnymi oficerkami do jazdy konnej. Nie rozstaje się ze swoją cytrą z ciemnego drewna oraz szablą, która niegdyś należała do jego dziadka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz