niedziela, 28 lutego 2021

CAEDAN

 



+ C     A     E     D     A      N +
LA COURTENAY
ŁOWCA CZAROWNIC
24 lata |Szlachcic |Milczący Bard 

Gdyby Caedan miał więcej cierpliwości, samozaparcia i – co najważniejsze - smykałkę do piwowarstwa, najprawdopodobniej do śmierci zostałby w dworku la Courtenayów i kontynuował rodzinną tradycję, zajmując się browarem. Caedan miał jednak inny pomysł na życie; to znaczy, właściwie nie miał, ale na pewno nie zamierzał go spędzić nad kotłami warzelnymi z brzeczką. Można powiedzieć, że to, iż został łowcą czarownic, było przypadkiem. Nieprawdą byłoby jednak stwierdzenie, że nie miał do tego predyspozycji. Jego rodzina, zanim osiedliła się w swoim dworku, od pokoleń zabijała wiedźmy. Nienawiść do nich Caedan miał więc we krwi. Już jako ledwie raczkującego brzdąca matula karmiła go historiami o strasznych czarownicach gotowych pożreć go, jeśli nabroi. Przez wiele lat były one tylko bajkami, w które chłopiec niekoniecznie wierzył. A te opowieści o wielkich wojnach z wiedźmami, w których jego dziadek i pradziadek odnosili chwalebne zwycięstwa? Też wątpił, by były prawdziwe. Czarownice w jego wyobrażeniu pozostawały mitem, który powstał, by było się czego obawiać w ciemne, burzowe noce w targanym przez wiatr dworku. Gdy dorastał, zaczął mieć jednak wątpliwości, czy to aby na pewno tylko bajki. Kiedyś z ciekawości zaglądnął do zamkniętego zwykle gabinetu dziadka i ku swojemu przerażeniu zobaczył tam przedziwny rząd trofeów powieszonych na ścianie. Były nimi głowy – odcięte, zasuszone, wykrzywione w przedśmiertnych grymasach łby kobiet. Natychmiast wybiegł z pokoju i pech chciał, że wpadł na swojego ojca, Arthura la Courtenay, człowieka wysokiego na niemal dwa metry, szerokiego w barach i z wiecznie nachmurzonym wyrazem twarzy wyglądającym zza gęstej, czarnej brody. Ku zaskoczeniu Caedana, ojciec nie był na niego zły. Niemal po bratersku objął go ramieniem i zaprowadził z powrotem do gabinetu ze strasznymi głowami. Tam powiedział mu prawdę: historie jego matki były prawdziwe. Czarownice istniały naprawdę i naprawdę toczono z nimi wojny. „Ale to już przeszłość, synu”, zakończył Arthur. „Wiedźm już nie ma, a ty nie musisz iść w ślady mojego ojca ani reszty naszych przodków. Gdy będziesz dorosły, jako jedyny dziedzic przejmiesz po nas browar. To znacznie stabilniejsza praca niż latanie z szablą po jakiś borach, prawda?” Caedan miał osiem lat i już wtedy czuł, że latanie z szablą po borach odpowiadałoby mu znacznie bardziej. Albo wędrowanie po świecie ze swoją cytrą i granie na niej za pieniądze. Nie przyznał się wtedy do tego. Mijały lata, podczas których la Courtenayowie byli przekonani, że Caedan z radością przejmie kiedyś ich obowiązki. Ich marzenia zderzyły się z rzeczywistością pewnego kwietniowego dnia, miesiąc przed osiemnastymi urodzinami Caedana. Arthur zaprosił wtedy syna do swojego gabinetu i oznajmił, że przygotował już dokumenty potrzebne do przekazania mu praw do browaru, który przed dziewiętnastymi urodzinami chłopaka z pewnością będzie w jego rękach. Caedan nie pamiętał, co dokładnie odpowiedział ojcu. Ich rozmowa szybko jednak przekształciła się w kłótnię, podczas której chłopak w końcu przyznał, że nie zamierza przejmować browaru. Arthur ze wściekłością odparł, że w takim razie Caedan nie ma już czego szukać w dworku la Courtenayów. Czy naprawdę tak uważał, czy też była to jedynie niewiele znacząca groźba wypowiedziana w gniewie – Caedan nigdy się nie dowiedział. Bez słowa odwrócił się i wyszedł z pokoju, zostawiając tam kipiącego gniewem ojca. Zabrał swoją szablę i cytrę, a potem zszedł do stajni, wskoczył na konia i ruszył galopem przed siebie. Zatrzymał się dopiero, gdy nadszedł wieczór. Zdał sobie wtedy sprawę, że nie ma pojęcia, gdzie jest. Jakaś jego część chciała przełknąć gniew i wrócić do domu, jednak inna część – właściwa jego rodzinie duma – nie pozwalała mu na to. I chociaż był przerażony, został w lesie. Po raz pierwszy w swoim życiu spędził noc, śpiąc na drzewie i budząc się co chwila z każdym najmniejszym szelestem czy trzaskiem gałązki słyszalnym w pobliżu. Gdy jednak nadszedł ranek, a Caedan zszedł na ziemię i spojrzał na widoczne w oddali mury miasta, ze zdumieniem zdał sobie sprawę, że wcale za nim nie tęskni. I chociaż poprzedniego dnia nie zamierzał zostawić swojego domu na zawsze, to nagle postanowił, że tak musi… i chce zrobić. Już nigdy tam nie wrócił. Kolejne miesiące spędził na stopniowym oddalaniu się od miasta i staraniach, by nie umrzeć z głodu. Po kilkunastu miesiącach tułaczki, któregoś wieczora podczas pobytu w pewnej karczmie spotkał Doumę wraz z towarzyszącą mu młodą kobietą. Usłyszawszy fragment ich rozmowy, domyślił się, że to łowcy czarownic; na początku trudno było mu w to uwierzyć, bo wciąż pamiętał słowa ojca zapewniającego go, że wiedźm już nie ma. Caedan nie miał w zwyczaju przysiadać się do nieznajomych i rozpoczynać pogawędek, ale tym razem to zrobił. Niecałą godzinę później, po długiej rozmowie z poznaną dwójką wiedział już wszystko: niedobitki czarownic wciąż pałętały się po świecie i nadal stanowiły zagrożenie. W tamtej chwili Caedan poczuł, że coś się zmieniło - w nim samym, w jego psychice. Tak, jakby nagle zrozumiał, do czego tak naprawdę został powołany. Opowiedział nieznajomym historię swojej rodziny i podzielił się powodem, dla którego uciekł z domu. A gdy Douma zapytał go, czy chciałby się przyłączyć do ich niewielkiej drużyny i wraz z nimi polować na czarownice, zgodził się bez wahania. Jego szabla była głodna krwi wiedźm, jak niegdyś szable jego przodków. 
Caedan to wysoki, szczupły mężczyzna, który bladą cerę odziedziczył po matce, a ciemnoniebieskie oczy i czarne, sięgające żuchwy włosy po ojcu. Mimo, że na dobre odciął się od rodziny, nadal ubiera się w tradycyjny, szlachecki sposób. Porzucił jednak swoje rodowe barwy – czerń i błękit - na rzecz czerni i czerwieni. Kontusz i żupan przewiązuje szkarłatnym pasem. Tradycyjne szlacheckie buty, baczmagi, zastąpił wygodnymi oficerkami do jazdy konnej. Nie rozstaje się ze swoją cytrą z ciemnego drewna oraz szablą, która niegdyś należała do jego dziadka. 

czwartek, 24 stycznia 2019

VIVIENNE


{ V I V I E N N E }
// Aurea Talwyn   
CZAROWNICA \\

// ŁOWCZYNI CZAROWNIC \\


DOUMA



+ D     O     U     M     A +
RAPHAELL CIDARIS
ŁOWCA CZAROWNIC



To, co ujrzał, przejęło go trwogą tak wielką, jak najgorszy koszmar. Łuna ognia odcinała się od granatu nieba. Wstęgi dymu tańczyły nad zrujnowanymi chatami, a na tle płomieni biegały czarne sylwetki. Puścił się biegiem przez płonącą wioskę, wymijając leżące w piachu i ziemi ciała. Płaszcz zajął mu się ogniem, więc zrzucił go nerwowym gestem. Gdzieś z boku dostrzegł nieruchomo stojącą, starszą kobietę. Dopadł do niej i chwyciwszy za ramiona, potrząsnął w zdenerwowaniu. - Co się stało? No co? Mówże, kobiecino! - krzyknął, a jego głos zaplątał się między wrzaski. Staruszka spojrzała na niego pustym wzrokiem i jedynie poruszyła ustami w niezrozumiałym mamleniu. Zostawił ją tak, strwożoną, zatraconą. Pobiegł dalej, do wzgórza. Gardło ścisnęło mu się w panice i stracił na chwilę oddech, gdy wielki wir płomieni buchnął z drewnianego majątku ku nocnemu niebu.  Wydał z siebie niemy okrzyk. Mięśnie paliły go ostro, kiedy wspiął się na wzniesienie. Nim dobiegł do bramy, zatrzymał się gwałtownie i skoczył w zarośla przy domostwie. Zgroza odbiła się w jego oczach, aż zaszkliły się łzami, zarówno od dymu, jak i od ujrzanego spektaklu. Tuż przed wejściem, stojąc w kręgu, wiły się kobiece postaci. Poruszały się w dzikim tańcu, wyśpiewując pieśni w języku, którego nie pojął. Pośrodku zaś upiornego kręgu piętrzył się stos martwych ciał - na szczycie leżała Sylva. Dostrzegł jej zabrudzone, kręcone loki i puste oczka osadzone na małej twarzy. Na chwilę stracił dech, cofnął się o krok, kładąc dłoń na rękojeści miecza. Przecież to musiał być zły sen. Że oni tak wszyscy pomarli, że płonie, że burzy się... Poczuł jak samotną strugą pociekła mu łza po policzku. Magia. Wiedźmie kurwy. Kochanice demonów.

Kiedy zamyka oczy, widzi płomienie tańczące pod powiekami.

Duch tego, co było.


Pamiętał cichą pieśń matki, która płynęła przez pokoje szlacheckiego dworku i koiła wszelkie skołatane myśli. Kiedyś mógł wsłuchiwać się weń godzinami, obserwując hipnotyczne ruchy jej delikatnych dłoni podczas wyszywania. Oddałby bardzo wiele, żeby tylko móc znowu przywołać rysy jej twarzy.

Pamiętał cichy śmiech Sylvy. Jasne kosmyki kleiły jej się do twarzy, kiedy uganiała się za motylami w sposób, który zupełnie nie przystoił młodej damie. W oknie jej pokoju trzymała zastęp ręcznie struganych figurek, które darował jej na każde urodziny. Oddałby jeszcze więcej, żeby mogła zobaczyć, ile już ich wykonał.

Pamiętał też ojca. Surowy ton, twarde spojrzenie karcące każde zachowanie niegodne pierworodnego. Wszystko, co potrafił, wyniósł właśnie od niego - poranne polowania, pojedynki, a nawet sztukę dyplomacji. Ostatni talent nie zdał mu się na wiele.

Był ogień, krzyki pnące się w niebo, a wraz z nimi śpiewy, śpiewy, śpiewy. Śmiech. Smród palonego ciała. Nie zdarzyło mu się jeszcze komukolwiek opowiadać o tamtym dniu - nigdy nie potrafił znaleźć wystarczająco dobrych słów. Wiedziała o tym tylko Ona, choć czasem miał wrażenie, jakby przeżyli zupełnie dwie różne historie. 

Dziwne to było przymierze. Trwali w kłamstwach i milczeniu, jednocześnie zmuszeni zaufać sobie nawzajem własnym życiem, żeby tylko przetrwać do kolejnego świtu. Odratowała go z objęć z objęć Vareatha, ba, przywiodła z powrotem na granice świadomości, kiedy nieomal zatracił się w szaleństwie i rozpaczy. Nie trzeba im było więcej - wdzięczność, wspólne rany, tęsknota za bliskością. Kropla prostoty w całym morzu tragedii.

Z czasem przestał rozmawiać o tym, co się wydarzyło, nawet z Nią. Za każdym razem, kiedy miał krew na rękach, pozostawiał za sobą kolejne fragmenty siebie wiedząc, że bez tego czeka go tylko głupia śmierć. Wytropił każdą, bez wyjątku. Zabił, zaszlachtował, wytępił. Kiedy padła ostatnia zguba jego bliskich, porzucił swoje dziedzictwo, które teraz i tak nie znaczyło wiele. Jego rodzinny sygnet spłynął rzeką wraz ze wstęgami szkarłatu. Raphaell Cidaris umarł, pozostała po nim jedynie cisza - Douma.


Krew, krew, krew.

Duch tego, co jest.


Nie miał do czego - do kogo - wracać, a po wymierzeniu sprawiedliwości tym, które przyczyniły się do jego upadku, potrzebował nowego celu. Przyszło im to naturalnie, jakby oboje wiedzieli, dokąd zmierzały wszystkie działania. Skoro spod ich rąk padł cały klan, co miało powstrzymywało przed tym, aby nieść zgubę dalej? 

Wiedza była kluczem. Księgi, biblioteki, długie rozmowy z wiekowymi uczonymi, którzy pamiętali jeszcze czasy wielkich wojen i rzezi zgotowanych przez Wiedźmy. Chociaż magia budziła u niego wstręt, zdawał sobie sprawę, że bez niej już dawno poległby z krzykiem zastygłym na ustach. Alchemia zdawała się być ścieżką o wiele mniej dziką i pierwotną niż to, z czym wcześniej się zetknął; jej praktyki nie zakładały zbędnych ofiar, chociaż bardzo szybko nauczył się także jej limitów. Resztę zawierzał ostrzu miecza - przy końcowym rozrachunku okazywało się najlepszym rozwiązaniem. 

Nie wiedział, czym jest ta dziwaczna siła prowadząca jego dłoń. Nie czuł się jak bohater, nigdy też nie czuł wstrętu, kiedy obracał się za siebie i spoglądał na ślady śmierci, jakie się za nim ciągnęły. Nie, to było coś zgoła innego, jakaś pierwotna potrzeba zapanowania nad  drapieżnikami tego świata, pragnienie siły - albo raczej ucieczka od niemocy. Cokolwiek nim zawładnęło, nader skutecznie prowadziło go obraną ścieżką. Polowania były czasochłonne i ciężkie, szczególnie, kiedy na polu walki stawali samotnie, bez żadnej pomocy z zewnątrz. Zbyt dużo czasu spędzili jedynie w swoim towarzystwie, przyzwyczajeni do tego, że nikomu nie należy ufać, bo inaczej skończy się z poderżniętym gardłem i garścią przeklętego ziela w gardle. Dopiero kiedy niemal otarli się o śmierć, ich duma ustąpiła zdrowemu rozsądkowi. Potrzebowali wsparcia, czy to umysłem, czy klingą, to pozostawało bez znaczenia. Z tą myślą zaczęli częściej zaglądać do miast w poszukiwaniu takich, którzy gotowi byliby rzucić swoje dotychczasowe życie i przyłączyć się do szaleńczej krucjaty przeciwko złu, które dla wielu pozostawało jedynie bajaniem. Nie spodziewał się zaufać komuś jeszcze na tyle, by ze spokojnym umysłem dać osłaniać sobie plecy w wirze walki, a jednak ich kompania powoli rozrastała się o coraz to kolejne istnienia. Niespełniony bard, mrukliwy alchemik, nawet bliźnięta z podejrzanymi sprawunkami - zbieranina wyrzutków z przerośniętymi ambicjami i marzeniami o świecie bez przeklętej magii. Jakby tego było mało, zdołali odratować nawet wilkory, niegdyś służące w obwoźnym cyrku. Istne szaleństwo.


Czarny jeleń przecinający polanę we mgle.

Duch tego, co nadchodzi.


Niepokoje narastały stopniowo, lecz zauważalnie. Czuł to w powietrzu o świcie, kiedy wyruszali na kolejne łowy; widział to w oczach ludzi mijanych na targowisku w samo południe, a nawet w drżących dłoniach żebraków w wieczornych zaułkach. Wzbraniał się przed zmianami jak tylko mógł, ale był głupcem; powinien wiedzieć, że odwracanie wzroku jedynie odwleka nieuniknione. Mówią, że los objawia się każdemu pod inną postacią - dla jednych jest to moneta podniesiona z kurzu ulicy, dłoń podana właściwej osobie - jego los nadszedł przybrany w białą, pobrudzoną szatę, zmarznięty i zdezorientowany, samotny pośród wycia wilków i ciemności lasu. Nazwał ją Illvą.

Ta drobna istotka kurczowo trzymająca się jego peleryny niosła za sobą zmiany, o których sama nie miała pojęcia.




czwartek, 17 stycznia 2019

ILVA

BEZIMIENNA




•  I L V A  •

16 lat | umysłem - dziecko | wiedźmia biblioteka | amnezja
 
Co można powiedzieć o Ilvie? Gdyby jej zapytać, to niewiele, gdyby za to pogrzebać jej w głowie to już całkiem sporo.
Zacznijmy może od tego, że sama w sobie była wpadką. A że samotne matki w małych wioskach za dobrze nie mają, to jej rodzicielka postanowiła poprosić o pomoc wiedźmę. Umowa była dość jasna - dziecko w zamian za eliksir miłosny i szczęście w rodzinie. Jednak wszyscy dobrze wiemy, że tak łatwo być nie mogło. Otóż dobra mateczka postanowiła ukryć dziewczynkę przed złą czarownicą i liczyła, że jej się to uda.
No więc... Nie udało się.
Wiedźma znalazła szczęśliwą rodzinkę, zabiła rodziców i wzięła dziecko. Czyli finał ten sam, tylko roboty trochę więcej.
Życie u wiedźmy, jak można się domyślić, do sielskich nie należało. Dziewczynka zazwyczaj była utrzymywana w lunatycznym półśnie, zaś jej głowa została zaaranżowana na magiczną bibliotekę. Wiedźma pakowała jej do głowy zawartość wszystkich spotkanych ksiąg i każde znane jej zaklęcie, dzięki czemu łatwiej było jej podróżować. Co w zawodzie wiedźmy jest raczej koniecznością niż wyborem, bo Łowcy mimo wszystkich swych niedoskonałości są kompetentni.
I tak sobie żyły, wiecznie w ruchu, aż na takowego Łowcę trafiły. Dziewczynka na szczęście wtedy nie była blisko, więc udało jej się przeżyć. Z tego samego powodu wiedźmie przetrwać się nie udało.
No i tu zaczyna się zabawa.
Otóż wraz ze śmiercią wiedźmy, zniknęło też zaklęcie otaczające dziewczynkę. Okazało się, że jej mózg samodzielnie nie jest w stanie poradzić sobie z całą tą zawartą w środku biblioteką, co skończyło się amnezją. Całkowitą amnezją. Taką do poziomu dwuletniego dziecka.
Dziewczynka obudziła się sama w lesie, zachwycona światem, który po oglądała po raz pierwszy. Chłonęła nowe widoki i doznania, oczarowana jak nigdy wcześniej. I jak można się domyślać, kiedy spotkała inne stworzenia, jej szczęście osiągnęło apogeum. Przynajmniej dopóki nie zorientowała się, że wilki nie są przyjazne. Uratował ją na szczęście Douma, czy też raczej Khaan, bo Łowca to najchętniej by ją w tym lesie zostawił. I tak oto zaczęło się dla niej nowe życie, wypełnione (khem khem) miłością i spokojem. Przynajmniej jak się już dowiedziała, że ognia dotykać nie wolno.
Podsumowując: Douma nadał jej imię i się nią zajął, chociaż sporą część typowego niańczenia zostawił Khaanowi. Zaczęła uczyć się znaczenia różnych słów i obecnie, niezwykle dumna z siebie, buduje samodzielnie sensowne, choć proste zdania. Dawne życie czasem zdaje się jednak do niej dobijać, głównie pod postacią dziwnych przebłysków, podczas których dziewczynka zaczyna szeptać słowa zaklęć czy śpiewać wiedźmie pieśni. Nie ma jednak mocy, nie stanowi więc większego zagrożenia. Przynajmniej dopóki nie znajdzie jej żadna inna wiedźma.
 
Co więcej?
Ma jakoś szesnaście lat, a przynajmniej na tyle wygląda. I tego też będziemy się trzymać, gdyż prawdziwego wieku nie odkryje raczej nikt.
Jest zdecydowanie drobnej budowy, mierzy niewiele ponad 5 stóp wysokości. Włosy ma długie, w kolorze gorzkiej czekolady, zazwyczaj poplątane. Również brązowe oczy patrzą na świat z wielką ufnością i optymizmem, co kilka razy już sprowadziło na nią niewielkie kłopoty.
A tak poza tym, to średnio do niej dociera pojęcie przestrzeni osobistej, instynkt samozachowawczy też raczej się u niej nie wykształcił, co może i bywa irytujące, ale za to ileż ciekawych wspomnień dzięki temu zdobyła. Dobrze też dogaduje się ze zwierzętami, głównie dlatego, że dla niej to po prostu inaczej wyglądający ludzie, którzy mówią też inaczej.
Z rzeczy, które zazwyczaj ma przy sobie, to odkąd nauczyła się nosić ubranie, chowa po kieszeniach znalezione w lesie skarby. Co jakiś czas trzeba więc wyrzucać ładne kamyczki i piórka, a także uważać, czy nie poprzynosiła jaszczurek. Dostała też od Doumy bransoletkę - taki rzemyk z szarym kamieniem - która informowała go, jak wpadła w tarapaty.
Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics.