czwartek, 24 stycznia 2019

DOUMA



+ D     O     U     M     A +
RAPHAELL CIDARIS
ŁOWCA CZAROWNIC



To, co ujrzał, przejęło go trwogą tak wielką, jak najgorszy koszmar. Łuna ognia odcinała się od granatu nieba. Wstęgi dymu tańczyły nad zrujnowanymi chatami, a na tle płomieni biegały czarne sylwetki. Puścił się biegiem przez płonącą wioskę, wymijając leżące w piachu i ziemi ciała. Płaszcz zajął mu się ogniem, więc zrzucił go nerwowym gestem. Gdzieś z boku dostrzegł nieruchomo stojącą, starszą kobietę. Dopadł do niej i chwyciwszy za ramiona, potrząsnął w zdenerwowaniu. - Co się stało? No co? Mówże, kobiecino! - krzyknął, a jego głos zaplątał się między wrzaski. Staruszka spojrzała na niego pustym wzrokiem i jedynie poruszyła ustami w niezrozumiałym mamleniu. Zostawił ją tak, strwożoną, zatraconą. Pobiegł dalej, do wzgórza. Gardło ścisnęło mu się w panice i stracił na chwilę oddech, gdy wielki wir płomieni buchnął z drewnianego majątku ku nocnemu niebu.  Wydał z siebie niemy okrzyk. Mięśnie paliły go ostro, kiedy wspiął się na wzniesienie. Nim dobiegł do bramy, zatrzymał się gwałtownie i skoczył w zarośla przy domostwie. Zgroza odbiła się w jego oczach, aż zaszkliły się łzami, zarówno od dymu, jak i od ujrzanego spektaklu. Tuż przed wejściem, stojąc w kręgu, wiły się kobiece postaci. Poruszały się w dzikim tańcu, wyśpiewując pieśni w języku, którego nie pojął. Pośrodku zaś upiornego kręgu piętrzył się stos martwych ciał - na szczycie leżała Sylva. Dostrzegł jej zabrudzone, kręcone loki i puste oczka osadzone na małej twarzy. Na chwilę stracił dech, cofnął się o krok, kładąc dłoń na rękojeści miecza. Przecież to musiał być zły sen. Że oni tak wszyscy pomarli, że płonie, że burzy się... Poczuł jak samotną strugą pociekła mu łza po policzku. Magia. Wiedźmie kurwy. Kochanice demonów.

Kiedy zamyka oczy, widzi płomienie tańczące pod powiekami.

Duch tego, co było.


Pamiętał cichą pieśń matki, która płynęła przez pokoje szlacheckiego dworku i koiła wszelkie skołatane myśli. Kiedyś mógł wsłuchiwać się weń godzinami, obserwując hipnotyczne ruchy jej delikatnych dłoni podczas wyszywania. Oddałby bardzo wiele, żeby tylko móc znowu przywołać rysy jej twarzy.

Pamiętał cichy śmiech Sylvy. Jasne kosmyki kleiły jej się do twarzy, kiedy uganiała się za motylami w sposób, który zupełnie nie przystoił młodej damie. W oknie jej pokoju trzymała zastęp ręcznie struganych figurek, które darował jej na każde urodziny. Oddałby jeszcze więcej, żeby mogła zobaczyć, ile już ich wykonał.

Pamiętał też ojca. Surowy ton, twarde spojrzenie karcące każde zachowanie niegodne pierworodnego. Wszystko, co potrafił, wyniósł właśnie od niego - poranne polowania, pojedynki, a nawet sztukę dyplomacji. Ostatni talent nie zdał mu się na wiele.

Był ogień, krzyki pnące się w niebo, a wraz z nimi śpiewy, śpiewy, śpiewy. Śmiech. Smród palonego ciała. Nie zdarzyło mu się jeszcze komukolwiek opowiadać o tamtym dniu - nigdy nie potrafił znaleźć wystarczająco dobrych słów. Wiedziała o tym tylko Ona, choć czasem miał wrażenie, jakby przeżyli zupełnie dwie różne historie. 

Dziwne to było przymierze. Trwali w kłamstwach i milczeniu, jednocześnie zmuszeni zaufać sobie nawzajem własnym życiem, żeby tylko przetrwać do kolejnego świtu. Odratowała go z objęć z objęć Vareatha, ba, przywiodła z powrotem na granice świadomości, kiedy nieomal zatracił się w szaleństwie i rozpaczy. Nie trzeba im było więcej - wdzięczność, wspólne rany, tęsknota za bliskością. Kropla prostoty w całym morzu tragedii.

Z czasem przestał rozmawiać o tym, co się wydarzyło, nawet z Nią. Za każdym razem, kiedy miał krew na rękach, pozostawiał za sobą kolejne fragmenty siebie wiedząc, że bez tego czeka go tylko głupia śmierć. Wytropił każdą, bez wyjątku. Zabił, zaszlachtował, wytępił. Kiedy padła ostatnia zguba jego bliskich, porzucił swoje dziedzictwo, które teraz i tak nie znaczyło wiele. Jego rodzinny sygnet spłynął rzeką wraz ze wstęgami szkarłatu. Raphaell Cidaris umarł, pozostała po nim jedynie cisza - Douma.


Krew, krew, krew.

Duch tego, co jest.


Nie miał do czego - do kogo - wracać, a po wymierzeniu sprawiedliwości tym, które przyczyniły się do jego upadku, potrzebował nowego celu. Przyszło im to naturalnie, jakby oboje wiedzieli, dokąd zmierzały wszystkie działania. Skoro spod ich rąk padł cały klan, co miało powstrzymywało przed tym, aby nieść zgubę dalej? 

Wiedza była kluczem. Księgi, biblioteki, długie rozmowy z wiekowymi uczonymi, którzy pamiętali jeszcze czasy wielkich wojen i rzezi zgotowanych przez Wiedźmy. Chociaż magia budziła u niego wstręt, zdawał sobie sprawę, że bez niej już dawno poległby z krzykiem zastygłym na ustach. Alchemia zdawała się być ścieżką o wiele mniej dziką i pierwotną niż to, z czym wcześniej się zetknął; jej praktyki nie zakładały zbędnych ofiar, chociaż bardzo szybko nauczył się także jej limitów. Resztę zawierzał ostrzu miecza - przy końcowym rozrachunku okazywało się najlepszym rozwiązaniem. 

Nie wiedział, czym jest ta dziwaczna siła prowadząca jego dłoń. Nie czuł się jak bohater, nigdy też nie czuł wstrętu, kiedy obracał się za siebie i spoglądał na ślady śmierci, jakie się za nim ciągnęły. Nie, to było coś zgoła innego, jakaś pierwotna potrzeba zapanowania nad  drapieżnikami tego świata, pragnienie siły - albo raczej ucieczka od niemocy. Cokolwiek nim zawładnęło, nader skutecznie prowadziło go obraną ścieżką. Polowania były czasochłonne i ciężkie, szczególnie, kiedy na polu walki stawali samotnie, bez żadnej pomocy z zewnątrz. Zbyt dużo czasu spędzili jedynie w swoim towarzystwie, przyzwyczajeni do tego, że nikomu nie należy ufać, bo inaczej skończy się z poderżniętym gardłem i garścią przeklętego ziela w gardle. Dopiero kiedy niemal otarli się o śmierć, ich duma ustąpiła zdrowemu rozsądkowi. Potrzebowali wsparcia, czy to umysłem, czy klingą, to pozostawało bez znaczenia. Z tą myślą zaczęli częściej zaglądać do miast w poszukiwaniu takich, którzy gotowi byliby rzucić swoje dotychczasowe życie i przyłączyć się do szaleńczej krucjaty przeciwko złu, które dla wielu pozostawało jedynie bajaniem. Nie spodziewał się zaufać komuś jeszcze na tyle, by ze spokojnym umysłem dać osłaniać sobie plecy w wirze walki, a jednak ich kompania powoli rozrastała się o coraz to kolejne istnienia. Niespełniony bard, mrukliwy alchemik, nawet bliźnięta z podejrzanymi sprawunkami - zbieranina wyrzutków z przerośniętymi ambicjami i marzeniami o świecie bez przeklętej magii. Jakby tego było mało, zdołali odratować nawet wilkory, niegdyś służące w obwoźnym cyrku. Istne szaleństwo.


Czarny jeleń przecinający polanę we mgle.

Duch tego, co nadchodzi.


Niepokoje narastały stopniowo, lecz zauważalnie. Czuł to w powietrzu o świcie, kiedy wyruszali na kolejne łowy; widział to w oczach ludzi mijanych na targowisku w samo południe, a nawet w drżących dłoniach żebraków w wieczornych zaułkach. Wzbraniał się przed zmianami jak tylko mógł, ale był głupcem; powinien wiedzieć, że odwracanie wzroku jedynie odwleka nieuniknione. Mówią, że los objawia się każdemu pod inną postacią - dla jednych jest to moneta podniesiona z kurzu ulicy, dłoń podana właściwej osobie - jego los nadszedł przybrany w białą, pobrudzoną szatę, zmarznięty i zdezorientowany, samotny pośród wycia wilków i ciemności lasu. Nazwał ją Illvą.

Ta drobna istotka kurczowo trzymająca się jego peleryny niosła za sobą zmiany, o których sama nie miała pojęcia.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics.